Teneryfa - Martynika
Teneryfa Santa Cruz - gdy Erdal z Rajmundem zacumowali swoje Setki w porcie poszliśmy w miasto, pizzą uczciliśmy nasz pierwszy etap. Następnego dnia musiałem opuścić wyspę i wracać do pracy, w międzyczasie zacząłęm przygotowania do drugiego etapu, wykonując płetwę stabilizacyjną i jej mocowanie. Cztery dni przed startem w sobotę 06/12/25 wróciłem na Ancymona zastając na jachcie czyste pachnące pranie które ogarnął za mnie Erdal. Na miejscu dowiedziałem się że Andrzej odnowił kontuzję kolana i zakończył swoją przygodę na Asi G, szkoda bo fajny chłop i dobry żeglarz. Czas mijał szybko na naprawach i przygotowaniach, w wolnych chwilach zwiedzałem Santa Cruz, zaliczyliśmy też kąpiel w oceanie będąc na znanej ze złotego piasku plaży Las Teresitas. Po większe zakupy udaliśmy się z Rajmundem do hipermarketu i z pomocą w transporcie autem 200 litrów wody, soków oraz kilogramów żarcia przyszedł Paweł, żeglarz, który spędzał właśnie urlop na Teneryfie i zaoferował swoją pomoc setkowiczom. Dwa dni przed startem zrobiliśmy sobie pod chmurką z choinką w tle spotkanie integracyjne i organizacyjne uczestników SpA wraz z Edytą, która zorganizowała nam zrobienie lini startu pomiędzy główką portu a znanym wśród żeglarzy Polskim jachcie Anna Łucja 2 z Krissem na pokładzie.
Zaplanowany start na 12:00 UTC. Przygotowania trwają do ostatnich chwil, niestety dopadła mnie choroba jakaś infekcja atakująca górne drogi oddechowe czy inna cholera, egzystuje dzięki paracetamolowi, z doświadczenia już wiem że przez tydzień będę działał na pół gwizdka, ale dość marudzenia. Po szybkiej odprawie sterników zrobieniu wspólnej foty i ustaleniu lini mety pomiędzy wyspą St Lucia a Martyniką na 60 52 W, oddałem cumy i biorąc Hopsankę na hol wyszedłem z Santa Cruz jako ostatni. Po wyjściu z główek portu flotylla setek gdzieś się rozmyła, na linię startu zameldowałem się w raz z Ianem na Nuts i równo po sygnale startu rozpoczął się drugi etap regat. Wiatr SE 4B, aby nie być w cieniu wyspy, półwiatrem oddalałem się na jakieś 8 mil od brzegu, większość żeglowała wzdłuż wschodniej strony Teneryfy, widziałem tylko białe punkciki żagli, ale za to na radiu było ciekawie, słuchałem rozmów jak to jachty dociążone nie chcą trzymać kursu na samosterze, co niektórzy pozbywali się wody lub przemieszczali ciężary. Gdy już byłem wystarczająco daleko od wyspy wiatr się wzmocnił, kurs miałem teraz baksztagowy, zarefowałem grota bo szkwaliło zapewne była to tzw akkceleracja występująca między wyspami, pojawiła się też większa fala surfując po jej grzbietach notowałem 9,5 węzła po 4h żeglugi Ancymon pokonał 23mile ze średnią 5,3w . Towarzystwa dotrzymywał mi Nuts, szliśmy burta w burtę by przed zachodem słońca się rozjechać, przede mną pozostał tylko Rafał na Hopsance. Plan na nocne żeglowanie zakładał święty spokój, męczyło mnie choróbsko więc bez szaleństw, dołożyłem kolejny ref na grocie, przede mną prawie 3000 mil więc będzie czas na odrabianie strat. I tak Ancymon pokonuje kolejne mile, w dzień dmucha więcej głownie z N do 5B, w nocy wiatr słabnie na 3-4B więc się w miarę możliwości wysypiam,
W piątek 12 tego w południe ocean postanowił sprawdzić Ancymona w cięższych warunkach, wiatr zaczął nabierać na sile osiągając 6B, by w nocy osiągać siłę sztormu w podstawie 7-8B i porywy do 9B wszystko z północnego kierunku. Obrazując pojawiły się wysokie fale do 6 metrów, często się załamując, w środku jachtu przy normalnych warunkach jest jak w pralce, a teraz został włączony tryb wirowanie, wszystko musiało być zaształowane i pochowane bo inaczej zmieniało swoje położenie, a i ja przyrosłem do podłogi. Niosłem dwa foki na wytykach, zamieniłem większego foka na sztormowego, w tym celu trzeba było na kolanach przemieścić się na dziób jachtu, a w tych warunkach to nie była łatwa i sucha operacja, w miarę pogarszania się warunków pozostałem na samym małym foku, do tego wypuściłem z rufy 70 m liny, Dlaczego wypuszczasz te liny zapytała na lądzie żona, otóż zadaniem liny ciągniętej z tyłu jachtu jest pomoc w utrzymywaniu kursu, a podczas sztormowej pogody lina spowalnia, tak aby nadchodzące fale a dokładniej wierzchołek fali nie zabierał ze sobą jachtu stawiając go bokiem do fali lub przewracając go, nadchodzące fale nie załamywały się na jachcie tylko wchodziły pod dno łodzi nie robiąc mu krzywdy. Ancymon dzielnie znosił sztormowe warunki, strach nie zaglądał w oczy, było bezpiecznie i pod kontrolą, miałem pełne zaufanie do jachtu i wiedziałem że poradzi sobie gdyby miało się jeszcze pogorszyć. W tą noc dopadła mnie choroba morska, trwała chwilę, dwa razy nakarmiłem rybki opróżniając żołądek do zera i po chorobie morskiej , mało choruje, a jeżeli już mi się zdarzy to właśnie w taki sposób, przy cięższych warunkach siedząc w kabinie i nic nie robiąc, pozostał tylko katar i kaszel, ten leczyłem parcetamolem, ale szybką żeglugę musiałem odpuścić. Sobota to kolejny N silny wiatr w podstawie 6-7B normalnie cieszyłbym się jak dzieciak ręcznie sterując i serfując po falach z dwu cyfrowymi prędkościami, ale stan fizyczny nie pozwalał, a i tak zanotowałem prędkość 14 węzłów na zjeździe z fali. Wydmuchało się i niedziela już spokojniejsza z wiatrem 5-6B N i NNE, niestety są i złe wieści, Erdal pisze do mnie na InReach, że Pixel ma przeciek i postanawia płynąc na Capo Verde w celu usunięcia usterki, życzę mu wszystkiego dobrego i trzymam kciuki za naprawę, innych niepokojących wiadomości nie dostałem. Rafał na Hopsance wycisnął w sztormie co się da i wyszedł na prowadzenie, brawo, po poznaniu bliżej Rafała wiedziałem że nie odpuści, jako były sportowiec rywalizacje ma we krwi i będzie szybko żeglować. Kolejne dni mijają przy żegludze w zachodnim kierunku, przy silnym wietrze i posztormowej fali rzucającej czasem Ancymonem i wymuszając zwiększoną czujność , mile uciekają szybko i średnia prędkość nie spada poniżej 5w, pojawiły się też latające ryby, w wodzie jak i na pokładzie a i w kabinie się zdarzyło bynajmniej nie na patelni, Po raz drugi straciłem z tej samej strony płetwę stabilizacyjną, tym razem złamała się zostawiając tylko górną część w gnieździe, zastanawiające, musiały być duże siły że tak się stało i dlaczego ? pewnej nocy zniknęło również moje ulubione wiadro do nabierania wody, mój błąd bo nie zabezpieczyłem, a jak widać w nocy podczas snu dzieją się niekontrolowane rzeczy.
Po dwóch tygodniach nastały słabe watry, jest cieplej pojawiło się sagrasso, pływające zielsko, na razie w małych ilościach, W wigilię na pokładzie zameldowałem się jeszcze przed świtem, a to z powodu burzowej chmury, robię porządek ze sobą, golę zarost bo wyglądam jak dziad, tworzę na papierze choinkę i dokopuję się do prezentu, smsuje z bliskimi, zrobiło się trochę nostalgicznie, O trzeciej w nocy na AIS (automatyczny system indentyfikacji statków) pojawił mi się jacht, stałem prawie w miejscu bo wiatru jak na lekarstwo i do tego zawiewał z różnych stron szczególnie jak przychodziły większe chmury niosące często deszcz, więc i Ancymon zmieniał kurs, po godzinie jacht zaczął zbliżać się w moim kierunku, ki diabeł pomyślałem zacząłem wywoływać go na radiu, ale nie odpowiadał, widziałem jego światła, zacząłem się niepokoić miałem różne dziwne myśli, w końcu jestem sam na środku oceanu, sytuacja, czas, a nawet nazwa jachtu sprawiała że nie czułem się komfortowo, było widać że łódź wyraźnie zmieniła kurs i płynie na mnie. gdy jacht zbliżył się na ok 300 m w radiu usłyszałem głos, uff.. to jednak nie był żart, tylko Joke, jacht o tej nazwie żeglujący pod francuską banderą, podpłynął żeby sprawdzić czy wszystko u mnie dobrze.
Kolejne dni to zmienne słabe wiatry i cisze przy których samoster za bardzo nie chce współpracować więc trzeba kombinować, gdy przychodziła noc a prawie nic nie wiało siadałem na dnie kokpitu opierając się o zejściówkę i nogą poprawiałem kurs, który wyznaczałem tak, aby rufa jachtu była między Jowiszem a Syriuszem. Jeżeli wieje więcej niż 2B z przodu stawiam genakera, od 0-2B żegluje na wytkniętych fokach, w tym przypadku mniej żagla oznacza więcej bo genaker przy słabym wietrze i fali co chwila gaśnie i wypełnia się co jest upierdliwe i frustrujące no i to szarpanie nie jest dobre dla żagla i takielunku. Zacząłem schodzić bardziej na południe w nadziei, że znajdę tam silniejszy stały wiatr. Pewnej nocy usłyszałem i poczułem uderzenie w płetwę sterową, zaraz po tym znowu, gdy zaświeciłem czołówką w świetle ukazał mi się rekin niewielki tak z 1,5m, gdy nie było światła to podpływał i uderzał w ster, przyczaiłem się więc po ciemku i gdy był przy jachcie walnąłem go trzonem wiosła w łeb, twardy był, wyraźnie się zdziwił machnął w panice ogonem ochlapując mnie i odpłynął, próbował jeszcze raz, ale zachował czujność i drugi raz chybiłem, a ten dał sobie spokój i odpłynął... za dnia znów to samo, zawzięte bydle, widząc mnie nie podpływał i trzymał się parę metrów za jachtem, zanurzyłem więc kamerę pod wodę, aby sprawdzić co to za gagatek i rekin okazał się... marlinem, później odkryłem że przy sterze pływały małe ryby i zapewne na nie polował uderzając przy okazji w płetwę.
Martynika
Nie spałem długo, koguty na brzegu dawały popis swoich umiejętności wokalnych, a i ja zachowałem wzmożoną czujność, po śniadaniu wytargałem z dziobu na pokład ponton i go nadmuchałem, zwlekałem z zejściem na ląd, po prawie bezwietrznej nocy w dzień się rozdmuchiwało i chciałem się upewnić że kotwica nie puści. W południe postawiłem stopy na suchym lądzie i udałem się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłem zrobić odprawę paszportową, czyli w lokalnym barze. szybkie zwiedzanie, zakupy i powrót na jacht. Dostałem widomość od Rafała że będzie w nocy. Do Ancymona podpłynął ponton, zostałem zaproszony na kolację przez Agnieszkę i Poula, parę żeglujących i mieszkających na Cabo Rico 38, klasycznym pięknym jachcie o tej samej nazwie i gdy słońce zaszło znalazłem się na gościnnym pokładzie. Późną nocą Hopsanka oznajmiła swoje przybycie, wypłynąłem na spotkanie i wziąłem na hol Rafała, rzuciliśmy kotwice i stanęliśmy burta w burtę, gdy kończyliśmy manewry zaczęło świtać. Po południu dołączył Rajmund na Falce, teraz tworzymy trimaran, wzbudzając zainteresowanie wśród wodniaków. Rankiem zostaliśmy zaproszeni na śniadanie i ugoszczeni na znanym głównie z YT trimaranie Poli, gospodarzami byli Ania i Bartek dla których ten jacht stał się domem i sposobem na życie dla całej 4 osobowej rodziny. Zwiedzamy wyspę, autobusem pojechaliśmy do Le Marin, wynajętym samochodem udaliśmy się do Ford de France do biura firmy gdzie miałem zarezerwowany kontener w którym Ancymon i Hopsanka mają wracać do Polski, biuro okazało się punktem ksero i odtąd wszystkie formalności załatwiałem przez tel i zdalnie, ale to osobny temat. Skoro już mieliśmy samochód to trzeba wykorzystać i coś zwiedzić, za radą Ani z Poli wybraliśmy wodospad Cascade Absalon, po pół godzinnej jeździe z FdF dotarliśmy wg otrzymanej pinezki na miejsce skąd w odległości kilkuset metrów miał znajdować się ów wodospad, udaliśmy się leśną ścieżką ku szumiącej wodzie. Na miejscu okazało się że to nie wodospad tylko jakaś zastawka, a że obok był szlak i po zaczerpnięciu języka że wodospad jest, tylko dalej, zaczęliśmy nim podążać w klapkach jak na turystów przystało , a Rafał dodatkowo o lasce, przez dżunglę, błoto, śliskie kamienie i liczne przewyższenia, aby w końcu po godzinie dotrzeć na miejsce, nagrodą była kąpiel w orzeźwiającej słodkiej wodzie. Wróciliśmy się z Rajmundem po samochód zostawiając Rafała na parkingu rzeczywiście kilkaset metrów od wodospadu :). Zrobiło się późno i zmęczeni wróciliśmy do Sainte Anne i na nasze krążowniki. We wtorek 13/01 Ancymon z Hopsanką podnieśliśmy kotwicę żegnając się Rajmundem i pożeglowaliśmy w stronę Grande Anse d'Arlet oddaloną o 15 MM. Gdy docieraliśmy do zatoki zaczeło się ściemniać, rzuciliśmy kotwice i klarowaliśmy łajby. W zatoce kotwiczyli również Agnieszka z Poulem i tym razem oferowali swoją pomoc i wystosowali zaproszenie na swój jacht. Po przemiłej wizycie i napełnieniu brzuchów wracamy na jachty, i ku naszym niedowierzaniom Ancymona i Hopsanki nie ma w miejscu gdzie rzuciliśmy kotwice, gorzej bo nie ma też w pobliżu, zaczynamy poszukiwania i płynąc z wiatrem ku otwartej wodzie z dala widzę białe światło, były to dość stresujące chwile, światło należało do Ancymona który razem z Hopsanką udali się na popas wlokąc za sobą obie kotwice i jakimś cudem, między jachtami wypłynęli już prawie z zatoki. Tej nocy już nie rzucaliśmy kotwicy tylko skorzystaliśmy z pomocnej burty jactu Cabo Rico Agnieszki i Poula. Czas w Grande Anse d'Arlet spędzaliśmy na nurkowaniu w okolicznej rafie i pływaniu z żółwiami, na brzegu jedliśmy lody a wieczorem snuliśmy i słuchaliśmy morskich opowieści na pokładzie CR. W piątek jeszcze przed świtem wziąłem po raz ostatni na hol Rafała i popłynęliśmy do Fort de France kończąc morską przygodę wyciągając jachty z wody i pakując je do kontenera.
Na koniec odpowiem na dwa najczęstsze zadawane pytania, pomijając te o sztormach, przez osoby nie mających pojęcia o żeglarstwie, czyli czy płynąc łowiłem ryby na oceanie ? nie nie łowiłem, z poprzedniego transatlantyckiego przejścia wiem że na "małą" rybę nie ma co liczyć, a duża ryba to walka i w Setkowych realiach także marnotractwo, drugie pytanie to: co moja małżonka na to? tu nie ma prostej odpowiedzi, miałem wsparcie i pełne poparcie, wiedziała że dam radę, ale tylko ona wie ile ją to kosztowało, zostawiłem wszystko to co na lądzie na jej głowie i musiała sama się z tym zmierzyć.

Komentarze
Prześlij komentarz